Skip to content Skip to footer

(M)IZER(I)A czyli kilka słów o pokazie atrap narodowej marki samochodu elektrycznego

Zdystansowani i odporni na stres stratedzy – taki obraz pijarowców odpowiedzialnych za projekt – katastrofę wyłania się z zaplecza polskiego samochodu elektrycznego.

To mógłby być bardzo krótki tekst. Całą prezentację tzw. polskiego samochodu elektrycznego budowanego przez niemiecką spółkę, projektowanego przez włoską i nazwanego słowem o pochodzeniu czesko – celtyckim można by zawrzeć w jednym zdaniu. Brzmiałoby ono mniej więcej tak: zaprezentowany pojazd nie jeździ (jest więc atrapą, a właściwie atrapami, bo pokazano jego dwie wersje), nie wiadomo kto dostarczy na potrzeby tego projektu baterie, jaka będzie cena finalna samochodu, jego dokładny zasięg (do deklarowanych 400 km bym się nie przywiązywał), ani kto zapłaci za budowę fabryki, w której byłby produkowany (udziałowcy nie mają zamiaru).

No dobrze, może dodałbym jeszcze drugie zdanie, w którym podkreśliłbym, że „tyle dobroci” kosztowało zaledwie 30 mln zł pochodzących ze spółek skarbu państwa, a więc de facto podatnika.

Zobacz także:

Tak będzie wyglądać “polski” samochód elektryczny zbudowany przez Niemców. Nadal nie wiadomo jak miałaby ruszyć seryjna produkcja?

Jak już wspomniałem to mógłby być bardzo krótki tekst – jedno, a może dwu-zdaniowy. Jednak postanowiłem go rozbudować o wątek komunikacyjny. Już tłumaczę dlaczego.

Pijarowcy (specjaliści od wizerunku) osłaniający własną piersią projekt samochodu elektrycznego IZERA to moim zdaniem bohaterzy i ktoś wreszcie musi o tym wspomnieć!

Po pierwsze, bo mają dystans do siebie. Chyba nie jestem jedynym, który wyobraża sobie, że nazwę nowej marki wymyślono na jakiejś ostrej popijawie, podkreślając narastające poczucie beznadziei. Nie wykluczałbym, że to właśnie ze słowa (M)izer(i)a, oznaczającego marność, utarto w ramach pijackiej gry słów kod identyfikacyjny nadziei polskiej motoryzacji.

Po drugie, specjaliści od PR czuwający nad IZERĄ próbują być strategami i omijać pułapki wizerunkowe w projekcie, który jest wizerunkową porażką dekady. Znów popuśćmy wodze wyobraźni:

Może to właśnie podczas tej samej imprezy, gdy rodziła się nazwa marki, ktoś zdał sobie sprawę z tego, że epatowanie polskością w przypadku elektrycznego składaka o rodowodzie polsko-niemiecko-włoskim jest ryzykowne i zaproponował by określać go raczej jako „narodową markę” a nie „narodowy samochód”? Tak, to rzeczywiście pijarowo dużo bezpieczniejsze…

Po trzecie, pijarowcy IZERY są dla mnie bohaterami ze względu na odporność na stres. Wydanie 30 mln zł bez wyraźnych efektów biznesowych; wyrzucenie do kosza pierwotnej koncepcji małego, miejskiego samochodu elektrycznego; unieważnienie konkursu na karoserię pojazdu; trzykrotna zmiana szefa – nieszczęścia chodziły w Electromobility Poland budującej “polską Teslę” nie parami, ale tuzinami, a chłopaki jednak dały radę i dowiozły temat!

Naprawdę warto więc pamiętać o tych dzielnych ludziach, gdy jako komentatorzy będziemy obrzucać kolejny raz błotem narodziny IZERY (no dobrze – jej atrap).

Fot. Electromobility Poland

Show CommentsClose Comments

Leave a comment