Skip to content Skip to footer

Handel bronią podlany koronawirusem wymknął się spod kontroli. Na celowniku infrastruktura naftowa i siłownia jądrowa w Mecamor

Ostatnie starcia pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem są mocno nietypowe jak na konflikt sięgający swoich początków w rozpadzie Związku Radzieckiego.

Ostatnie starcia zbrojne między Armenią i Azerbejdżanem, mimo, że wywołały pewne reakcje w polskich mediach, to nie stały się przedmiotem szerszej dyskusji między komentatorami, ekspertami, czy też politykami. Tłumaczyć można to kilkoma przyczynami: odległością Kaukazu Południowego od Polski, natężeniem informacji o konfliktach zbrojnych w ostatnich latach (np. w Afganistanie, Iraku, Syrii, Libii, czy Ukrainie), a także swoistym spadkiem zainteresowania naszego społeczeństw tym, co dzieje się na dalszej niż Białoruś, Ukraina, czy europejska część Rosji, części obszaru poradzieckie. To jednak błąd, bo konflikt i zbrojne starcia między Armenią i Azerbejdżanem dotyczą tzw. Zachodu, w tym Polski.

Zobacz także:

Czas na polskie MGIMO. Brak kadr paraliżuje budowę lidera Międzymorza

Ambasador RP w Moskwie: Możliwe, że rzeczywistość wymusi zmianę w relacjach z Rosją. Biznes ponad politykę?

Gorąca i ruchoma granica

Konflikt między Armenią a Azerbejdżanem dotyczy prawnej i faktycznej przynależności terytorium Górskiego Karabachu, gdzie mamy konflikt pomiędzy zasadą integralności terytorialnej, a zasadą prawa narodów do samostanowienia. W związku z tym to głównie na terytorium Górskiego Karabachu od chwili upadku ZSRR toczyła się rywalizacja i wreszcie walki zbrojne między Ormianami i Azerami. Tym razem jednak, eskalacja konfliktu z 16-20 lipca 2020 r., z użyciem ciężkiej artylerii, moździerzy i dronów uderzeniowych, miała miejsce na bezpośredniej granicy Armenii i Azerbejdżanu. A mianowicie na granicy armeńskiego obwodu Tawusz i azerbejdżańskiego rejonu Tovuz. Obwód Tawusz i rejon Tovuz to tereny górzyste ale gęsto zaludnione. Ten pierwszy zamieszkuje ok. 120 tys. ludzi, a ten drugi ok. 170 tys. ludzi.  I to jest właśnie to novum, bo w ostatnich latach, na bezpośrednich granicach Armenii i Azerbejdżanu, nie dochodziło do incydentów na taką skalę.

W tym kontekście należy zauważyć, że obecna eskalacja odświeżyła problem tych granic, gdyż po 1994 r. nie nastąpiła delimitacja i demarkacja granicy Armenii i Azerbejdżanu, które powinny pokrywać się z granicami Armeńskiej SRR i Azerbejdżańskiej SRR, a które w praktyce często stanowią odzwierciedlenie linii rozgraniczenia wojsk obu państw z 1994 r. Tym samym, brak rozgraniczenia i pokrywania się granic prawnomiędzynarodowych i faktycznych, stanowi kolejną płaszczyznę do wznawiania walk zbrojnych Armenii i Azerbejdżanu. Z jednej strony, stanowi to niepisaną gwarancję, że walki mogą toczyć się tylko w tych nieokreślonych „szarych” strefach granicznych, ale z drugiej strony, takie walki mogą łatwo doprowadzić do eskalacji oraz  rozszerzenia ich zasięgu terytorialnego. A to już grozi konfliktem na pełną skalę.

Wizja pełnowymiarowego konfliktu

Zwłaszcza, że od ostatniej eskalacji, czyli tzw. wojny kwietniowej z 2016 r., biedniejsza Armenia znacznie wzmocniła swój potencjał militarny. M.in. na podstawie dwóch rosyjskich kredytów pozyskano systemy Buk-М1-2, Tor-М2КМ, Igła-S, Wierzba, samoloty Su-30 SM (w grudniu 2019 r. 4 sztuki przybyły już do Erywania, a kolejne 8 pojawią się wkrótce) a także przeciwczołgowe rakiety Kornet-E. Dodatkowo Armenia jest pierwszym na świecie państwem, które posiada eksportową wersję rosyjskiego Iskandera. Ten ostatni fakt oznacza, że Erywań jest w stanie uderzyć na każdy punkt w Azerbejdżanie, choć to ostatnie może być trudne do wykonania, bo dwie strony dysponują również arsenałem systemów obrony powietrznej S-300. Co równie ważne, po krwawych stratach w wojnie z 2016 r. Erywań i Stepanakert zaprowadziły pewne reformy w armii, które miały na celu wyeliminowanie negatywnych w niej zjawisk, takich jak korupcja, kumoterstwo, czy brak dyscypliny. Sytuację w tym zakresie ułatwiła tzw. aksamitna rewolucja z 2018 r. i dojście do władzy Nikola Paszynjajna, który ma ambicje do dokonania demokratyzacji i modernizacji państwa. Z drugiej strony, o wiele zasobniejszy Azerbejdżan również nie pozostawał bez aktywności i konsekwentnie wzmacniał swoje siły zbrojne, korzystając nie tylko z zakupów w Rosji (w ostatnich latach 5 miliardów dolarów), ale przede wszystkim w Turcji, Izraelu, Pakistanie i Białorusi. Od tej ostatniej nabył m.in. system „Polonez”.

System Buk-М1-2.

Pobieżne więc spojrzenie na listę nabytego w ostatnich latach uzbrojenia prowadzi do jasnej konstatacji, że na Kaukazie Południowym trwają bardzo intensywne zbrojenia, a Erywań i Baku posiadają potencjał, który może być skutecznym narzędziem do doprowadzenia do katastrofy w regionie. A wizja takiego scenariusza pojawiła się w czasie ostatniej eskalacji, gdyż ze strony azerbejdżańskiej pojawiła się groźba uderzenia na armeńską elektrownią jądrową w Mecamor. Z drugiej strony jest tajemnicą poliszynela, że w przypadku egzystencjalnego zagrożenia Ormian, są np. w stanie, z wykorzystaniem posiadanego uzbrojenia, nanieść ciosy w azerbejdżańską infrastrukturę surowcową, czy też inny cel, który sparaliżuje Baku.

Poza tym, Armenia i Azerbejdżan miały wielkie problemy z opanowaniem epidemii COVID-19, co obniża stabilność sytuacji wewnętrznej w obu państwach. Dla Erywania zamarcie ruchu turystycznego to ogromne straty dla ludności i tym samym gospodarki, a dla Baku spadek cen surowców po raz kolejny obniża coraz mniejsze wpływy budżetowe. Wpływy istotne, bo pozwalające autorytarno-klanowej strukturze politycznej Azerbejdżanu na redystrybucję tych środków i zapewnienie społecznego konsensusu. W tym państwie bowiem władza ma z roku na rok coraz większe problemy, gdyż nie jest po prostu zmieniania w procesie demokratycznym i tylko aparat bezpieczeństwa, polepszenie sytuacji gospodarczej (aktualnie mało prawdopodobne) oraz straszak w postaci „agresywnych działań Armenii” mogą być skutecznymi narzędziami pacyfikującymi nastroje społeczne. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że na początku lat 90. XX w. Azerbejdżan przegrał wojnę o Górski Karabach, w ostatnich starciach utracił dwa strategiczne wzgórza, pozwalające kontrolować region Agdamu, a w walkach poległ m.in. azerbejdżański generał i pułkownik. A przy tym, z powodu COVID-19 rozmowy pokojowe niejako zamarły.

Powyższe rozważania dowodzą więc, że warunki do wzniecenia przysłowiowej iskry, doprowadzającej do wielkiego wybuchu, są już spełnione. Oczywiście, istnieje świadomość tego, że potencjalny, pełnowymiarowy konflikt może okazać się katastrofą dla każdego z konfliktujących się państw, ale jak pokazał incydent graniczny z 12 lipca br., Baku i Erywań mogą natychmiast uruchomić swoje maszynerie wojenne, w odpowiedzi na strzały z drugiej strony granicy.

W komentarzu dla Marketlife.pl wojenny analityk z Armenian Research & Development Institute Leonid Nersisjan wskazuje, że:

Obecnie perspektywa konfliktu na pełną skalę jest niewielka, gdyż siła dwóch armii jest dostatecznie wielka, żeby nanieść dla gospodarek dwóch państw zbyt wielkie ciosy. O liczbie ofiar nie mówiąc. Jednak taka perspektywa nie jest zerowa.

Leonid Nersisjan

Oprócz tego mówi on, że: armeńsko-azerbejdżańska granica była i pozostanie jednym z punktów naprężenia.

Czy Zachód może coś zmienić?

Dlatego też celem społeczności międzynarodowej, w tym UE i Polski powinno być wpływanie na deeskalację tego konfliktu. Jednak w tym kontekście należy zauważyć, że oddziaływanie tzw. Zachodu, a więc UE i USA, na region maleje. Partnerstwo Wschodnie przechodzi bowiem silny kryzys, a Waszyngton nie bierze intensywnego udziału w rywalizacji o wpływy w tym regionie. Właściwie to politycy państw z Kaukazu Południowego tak naprawę nie wiedzą, czego oczekuje od nich Zachód i, czego oni mogą oczekiwać od niego.

Stąd też w pierwszej kolejności, mimo uczestnictwa USA i Francji w Grupie Mińskiej, to Rosji przychodzi odgrywać główną rolę w oddziaływaniu na Erywań i Baku. Z jednej strony osamotniona Armenia to wojskowy (z faktu OUBZ i sojuszu dwustronnego) i ekonomiczny (Euroazjatycka Unia Gospodarcza) sojusznik Rosji, jedyna jej realna platforma, do zachowania wpływów na Kaukazie Południowym. Dzięki temu Rosja posiada na terytorium Armenii swoje bazy wojskowe, ma wyjście na południe i może szachować lokalnych graczy. Ale z drugiej strony, Moskwa musi zachować swoje wpływy w Baku, co implikuje takie układanie z nim relacji, żeby nie przejęła ich całkowicie Turcja lub, żeby nie doszło do innej zmiany w wewnętrznej konstelacji, która sprawi, że Azerbejdżan stanie się zupełnie antyrosyjski. To pozbawienie Rosji funkcji arbitra i pośrednika znacząco by ją osłabiło. Zresztą w czasie ostatniej eskalacji Ankara jednoznacznie poparła Baku, co spowodowało reakcję Moskwy w postaci ćwiczeń i sprawdzenia gotowości bojowej swoich sił w Armenii. Stąd też Rosja w najbliższym czasie poświęci wiele swojej uwagi, żeby doprowadzić do jakiegokolwiek kompromisu. Zwłaszcza, że incydenty pomiędzy Ormianami i Azerami rozpoczęły się w strefie, którą Rosja określa jako obszar własnych wpływów, co musi być przez nią bezwzględnie spacyfikowane ze względów bezpieczeństwa i prestiżowych.

Spotkanie prezydenta Rosji, Władimira Putina i premiera Armenii, Nikoli Paszjaniana.

Wszystko to dowodzi, że region Kaukazu Południowego jest istotnym terytorium, gdzie poziom bezpieczeństwa i stabilności po raz kolejny znacznie się obniżył, ale który należy wnikliwie monitorować. Przecież jeszcze kilka lat temu tzw. świat zachodni i Europa miał, co do tej ziemi pewne ambicje. Dlatego dziwią kuluarowe twierdzenia niektórych polskich, związanych z dyplomacją polityków (przede wszystkim opozycyjnych), którzy twierdzą, że należy redukować polską obecność dyplomatyczną w tym regionie. Zresztą już dzisiaj brak jest w Erywaniu np. zagranicznego przedstawicielstwa PAiH, czy Instytutu Polskiego. Dziwi też sytuacja, że obecnie kilku polityków z pierwszych stron gazet w Armenii jest absolwentami polskich uczelni i programów stypendialnych, ale to np. przedstawiciele niemieckich organizacji społecznych i eksperckich są głównymi konsultantami przy reformie decentralizacyjno-samorządowej. Podobnie jest w rolnictwie, gdzie znaczną aktywność wykazuje Austria, a Polski, mimo wcześniejszych ambicji w ramach Partnerstwa Wschodniego brak…I to np. w intratnych przetargach. Ale nie chodzi tylko o Armenię. Polska dyplomacja powinna być aktywna na całym Kaukazie Południowym, w tym w Tbilisi i Baku. Nie wszędzie oczywiście należy i nie wszędzie można propagować i sprzedawać polskie rozwiązania, ale wszędzie o taką możliwość należy zabiegać. Przecież każdy wyeksportowany z Polski towar lub usługa nie tylko zwiększa nasz budżet, ale i sferę oddziaływania. Jeśli chodzi o eksport, to rynek państw Kaukazu Południowego, mimo, że nie jest aż tak ogromny, to może być też bramą do państw ościennych. Bez biznesu trudniej też propagować i rozwijać sferę współpracy naukowo-społeczną.

Sama współpraca i pomoc Zachodu dla państw Kaukazu Południowego tym samym może okazać się nie tylko korzystna dla dwóch stron, ale i Rosji. Szczególnie, że w regionie pojawiły się Chiny, które wnikliwie obserwują zachodzące tam procesy i szczodrze rozdzielają pomoc finansową i materialną. Można więc założyć, że Kaukaz Południowy mógłby stanowić, w określonej konstatacji, pole harmonijnej i na swój sposób eksperymentalnej współpracy Zachodu i Rosji. Przy stopniowej modernizacji trzech małych państw regionu. Przecież bieda, a szczególnie brak perspektyw tylko petryfikuje trudną sytuację i stanowią podłoże do eskalacji konfliktu.

Z kolei ormiański politolog Ruben Megrebjan dla Marketlife.pl wskazuje, że:

Armenia i UE mają plan współpracy w formie CEPA, jednak musimy rozumieć, że wydarzenia w naszym regionie stanowią zagrożenie nie tylko o charakterze regionalnym, ale i europejskim. I jaka w związku z tym jest europejska perspektywa, jak przezwyciężyć te wyzwania? Odpowiedź na to pytanie na razie nie wybrzmiała lub my do tej pory jej nie usłyszeliśmy.

Ruben Megrebjan

Realizacja więc porzucenia przez  EU i Polskę aktywności na Kaukazie Południowym będzie świadczyć wyłącznie o ostatecznym porzuceniu przez Brukselę i Warszawę nie tylko swoich wymiernych interesów, ale i wiarygodności. A, że polityka nie znosi próżni, to ten styk Europy i Azji może stać się polem ostrej rywalizacji mocarstw, ale już bez starej Europy. A to już można różnie interpretować.

Show CommentsClose Comments

Leave a comment